Wschodzący wschód
Blog
05.05.2010
Trudno jest się na własne oczy przekonać, jak miękka siła Unii Europejskiej zmienia polską rzeczywistość. Nawykli do narzekania, patrzący zwykle na powierzchnię zjawisk, wiele przeoczamy – a uwaga ta ze zwielokrotnioną mocą dotyczy rzeczy tak pozornie nieefektownych, jak inwestycje w infrastrukturę. Gdy ich nie było, narzekaliśmy na stagnację. Gdy trwają, narzekamy na utrudnienia, jakie powodują. Gdy zaś zostają ukończone, od razu zaczynamy traktować je jako coś oczywistego, strumień narzekań kierując w innym kierunku.
Broń mnie, oczywiście, siło wyższa, przed wpisywaniem się w nurt narzekania na narzekanie. Uwagami o otwieraniu oczu dzielę się nie z zacięcia kaznodziejskiego, ale dlatego, że mi się samemu niedawno mi się otwarły. Oto, co nas z przyjaciółmi spotkało: deszczowy długi majowy weekend spędzony w centrum i na wschodzie Polski i przecieranie oczu w tempie zbliżonym do pracy wycieraczek samochodowych. Rosnące jak grzyby po deszczu rezydencje. Zadbane gospodarstwa. Proste chodniki. Odnowione zabytki. Nawet drogi jakby mniej dziurawe niż kiedyś. Po prostu Bonanza, Zachód pełną gębą. - Ameryka - by się rzekło, gdyby Ameryka nie kojarzyła się teraz z upiornymi, widmowymi osiedlami jednorodzinnych domków, opuszczonych przez złapanych w kryzysową pułapkę kredytobiorców… U nas tymczasem kryzysu ani śladu, na tle zachodzących zmian wiekowe, chylące się ku ziemi drewniane chatynki stają się uroczą dekoracją, tęsknym znakiem przemijających czasów.
Gdy drugiego dnia podróży znikają strugi deszczu, krajobrazy i miejsca stają się jeszcze piękniejsze. Nałęczów i zjawiskowa willa Pod Matką Boską, przy Alei Lipowej, w której pomieszkiwał Bolesław Prus, a na której dziedzińcu stoją niezwykłe, fiołkowe stoliki kawiarniane, surrealistycznie wręcz kontrastując z odrapaną stylowo, porosłą bluszczem fasadą. Pałac Czartoryskich w Puławach – a właściwie nie tyle sam pałac, którego oficjalność pozbawiła wyrazu, co ukryte w parku uroczo zaniedbane świątynki i pawiloniki. Muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolasie – a właściwie znów nie samo muzeum, lecz otaczający je kwitnący, bezwstydnie pocztówkowy park...
I tylko jedno zaskoczenie w całej trasie. Nie udaje się dostać (sic!) do Kazimierza Dolnego, tak długi wije się u jego rogatek sznur samochodów na stołecznych rejestracjach. Niektórzy już tu je porzucają, by do centrum pielgrzymować na piechotę. Patrzymy i nie rozumiemy – okej, niby jest tam sushi, jest lans, Artur Żmijewski popija wodę mineralną, ale zmieniać jedne korki na drugie podczas gdy wokół tyle do zobaczenia? Ech…
Doprawdy, pragnienie wygód nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, bo wygody są wszędzie. Przyjaciel, spragniony obcowania z Polską ekstremalnie ruralną, Polską końcowych liter alfabetu, dobrnął na ten długi weekend aż do rozlewiska Buga. Powrócił mocno zniesmaczony: - Gdybyś ty widział te równe chodniki! – mówi.
Kuba Janicki
Broń mnie, oczywiście, siło wyższa, przed wpisywaniem się w nurt narzekania na narzekanie. Uwagami o otwieraniu oczu dzielę się nie z zacięcia kaznodziejskiego, ale dlatego, że mi się samemu niedawno mi się otwarły. Oto, co nas z przyjaciółmi spotkało: deszczowy długi majowy weekend spędzony w centrum i na wschodzie Polski i przecieranie oczu w tempie zbliżonym do pracy wycieraczek samochodowych. Rosnące jak grzyby po deszczu rezydencje. Zadbane gospodarstwa. Proste chodniki. Odnowione zabytki. Nawet drogi jakby mniej dziurawe niż kiedyś. Po prostu Bonanza, Zachód pełną gębą. - Ameryka - by się rzekło, gdyby Ameryka nie kojarzyła się teraz z upiornymi, widmowymi osiedlami jednorodzinnych domków, opuszczonych przez złapanych w kryzysową pułapkę kredytobiorców… U nas tymczasem kryzysu ani śladu, na tle zachodzących zmian wiekowe, chylące się ku ziemi drewniane chatynki stają się uroczą dekoracją, tęsknym znakiem przemijających czasów.
Gdy drugiego dnia podróży znikają strugi deszczu, krajobrazy i miejsca stają się jeszcze piękniejsze. Nałęczów i zjawiskowa willa Pod Matką Boską, przy Alei Lipowej, w której pomieszkiwał Bolesław Prus, a na której dziedzińcu stoją niezwykłe, fiołkowe stoliki kawiarniane, surrealistycznie wręcz kontrastując z odrapaną stylowo, porosłą bluszczem fasadą. Pałac Czartoryskich w Puławach – a właściwie nie tyle sam pałac, którego oficjalność pozbawiła wyrazu, co ukryte w parku uroczo zaniedbane świątynki i pawiloniki. Muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolasie – a właściwie znów nie samo muzeum, lecz otaczający je kwitnący, bezwstydnie pocztówkowy park...
I tylko jedno zaskoczenie w całej trasie. Nie udaje się dostać (sic!) do Kazimierza Dolnego, tak długi wije się u jego rogatek sznur samochodów na stołecznych rejestracjach. Niektórzy już tu je porzucają, by do centrum pielgrzymować na piechotę. Patrzymy i nie rozumiemy – okej, niby jest tam sushi, jest lans, Artur Żmijewski popija wodę mineralną, ale zmieniać jedne korki na drugie podczas gdy wokół tyle do zobaczenia? Ech…
Doprawdy, pragnienie wygód nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, bo wygody są wszędzie. Przyjaciel, spragniony obcowania z Polską ekstremalnie ruralną, Polską końcowych liter alfabetu, dobrnął na ten długi weekend aż do rozlewiska Buga. Powrócił mocno zniesmaczony: - Gdybyś ty widział te równe chodniki! – mówi.
Kuba Janicki
