Czekanie sobotniej nocy
Blog
05.10.2009
Piszę te słowa w sobotni wieczór. Teoretycznie jest to ostatni moment w tygodniu, kiedy nie stroniący od imprezowania człowiek miałby ochotę zasiąść przed komputerem, aby się trochę uzewnętrznić. Ale tylko teoretycznie – w praktyce bowiem przyszedł mi do głowy nie cierpiący zwłoki temat. Temat ten dotyczy właśnie zwlekania, sobotnich wieczorów i imprez... Ładnie się więc to wszystko złożyło.
Nie wiem, czy PT Czytelnicy zauważyli pewną prawidłowość. W latach młodości autora tych słów, które przypadły akurat na pierwsze lata transformacji ustrojowej, imprezy taneczne w lokalach rozrywkowych zwykły się były zaczynać w okolicach godz. 22. W ten sposób można było ruszyć w tany od razu po kolacji, dobrze się zabawić i zapaść w objęcia Morfeusza o jakiejś przyzwoitej godzinie – inna sprawa, że akurat w czasach młodości przyzwoita wydawała się każda godzina przed 9 rano...
Jednak wraz z upływem lat zauważyłem, że właściwy start imprezy nieubłaganie przesuwa się w czasie. Początkowo były to okolice godz. 23, następnie 24. W tej chwili przychodzenie do klubu przed północą absolutnie mija się z celem, a w niektórych co bardziej wylansowanych miejscach właściwa zabawa rozkręca się między pierwszą a drugą. Oznacza to, że nim zdążymy się nieco wyluzować i rozochocić, robi się piąta rano, a dojrzały niczym polski kapitalizm organizm zaczyna domagać się daniny snu.
Ja oczywiście rozumiem, że jest to proces nieubłagany, dostosowujący polskie realia do światowych standardów. Wiem, że potrzeba czasu, by zrobić się na bóstwo, że wcześniej powinno się pójść do kina i na kolację. Lecz i tak żal mi tych kilku godzin luki, kiedy całe miasto chce się już bawić, ale jeszcze nie może, bo przecież nie wypada... Choć z drugiej strony, jak wyraziła się kiedyś podczas koncertu pewna dystyngowana pani, przepraszając za spóźnienie artysty: - Mała retardacja emocji dobrze nam zrobi. No i jest kiedy napisać notkę na bloga.
Nie wiem, czy PT Czytelnicy zauważyli pewną prawidłowość. W latach młodości autora tych słów, które przypadły akurat na pierwsze lata transformacji ustrojowej, imprezy taneczne w lokalach rozrywkowych zwykły się były zaczynać w okolicach godz. 22. W ten sposób można było ruszyć w tany od razu po kolacji, dobrze się zabawić i zapaść w objęcia Morfeusza o jakiejś przyzwoitej godzinie – inna sprawa, że akurat w czasach młodości przyzwoita wydawała się każda godzina przed 9 rano...
Jednak wraz z upływem lat zauważyłem, że właściwy start imprezy nieubłaganie przesuwa się w czasie. Początkowo były to okolice godz. 23, następnie 24. W tej chwili przychodzenie do klubu przed północą absolutnie mija się z celem, a w niektórych co bardziej wylansowanych miejscach właściwa zabawa rozkręca się między pierwszą a drugą. Oznacza to, że nim zdążymy się nieco wyluzować i rozochocić, robi się piąta rano, a dojrzały niczym polski kapitalizm organizm zaczyna domagać się daniny snu.
Ja oczywiście rozumiem, że jest to proces nieubłagany, dostosowujący polskie realia do światowych standardów. Wiem, że potrzeba czasu, by zrobić się na bóstwo, że wcześniej powinno się pójść do kina i na kolację. Lecz i tak żal mi tych kilku godzin luki, kiedy całe miasto chce się już bawić, ale jeszcze nie może, bo przecież nie wypada... Choć z drugiej strony, jak wyraziła się kiedyś podczas koncertu pewna dystyngowana pani, przepraszając za spóźnienie artysty: - Mała retardacja emocji dobrze nam zrobi. No i jest kiedy napisać notkę na bloga.
