Upiór dzienny
Blog
20.10.2009
Na „Upiora w operze” wybrałem się już dosyć dawno – a wcześniej jeszcze przez dłuższy czas szykowałem się na to wydarzenie psychicznie i usiłowałem zarezerwować bilety. Gdy kurtyna po show opadła, byłem kłębkiem ambiwalencji. Z jednej strony wiadomo, perfekcyjna realizacja, doskonała koordynacja, scenografia, światło - to jest poziom całkowicie zachodni, tu się nie ma czego wstydzić. Ale z drugiej strony: ten klimat prowincjonalnego święta, ta nastoletnia egzaltacja wokół, gładkość i sprawność z jaką działa ta machina bezwstydnej komercjalizacji teatru... jest w tym coś doprawdy upiornego.
W tym miejscu oczywiście każdy może podnieść słuszny zarzut, że w imię jakichś wydumanych ideałów odmawiam ludziom prawa do zabawy, a aktorom do godziwego zarobku. Racja, niewiele mam na swoją obronę. Co więcej, sam doceniam dobrze zrealizowane komercyjne spektakle, dość wspomnieć, że w Londynie wybrałem się nie na jakieś off-off-West Endowe eksperymenty, ale na nieśmiertelną „Pułapkę na myszy” do St. Martin's Theatre. Zresztą, niech sobie aktor uczciwą ciężką pracą w godnych warunkach i atmosferze kultowości zarabia do woli, o ileż to przecież lepsze od chałturniczych poranków dla szkół w wykonaniu niewyspanych Kordianów i skacowanych Hamletów... A jeśli chce się oprócz tego spełniać w przedsięwzięciach ambitnych i offowych, proszę bardzo.
I jest ten powyższy tok myślenia absolutnie prawidłowy. Ale gdzieś się jednak odzywa w człowieku głód takiego prawdziwego teatru – i to nie musi być od razu Kantor ani Bob Wilson, ani nawet Lupa. Wystarczy, i niech mi łaskawa Melpomene wybaczy, że zabrzmi to jak ze szkolnej rozprawki, by się wyobraźnia przydawała podczas oglądania bardziej niż lorgnon, a grano na niuansach raczej niż na kotłach.
A wracając jeszcze do „Upiora”, to występujący w nim aktor opowiadał mi o przedstawieniu w dniu, kiedy grała nasz piłkarska reprezentacja. Ekipa dała z siebie wszystko, udało się zagrać o te kilkanaście minut szybciej... i wtedy jak zwykle zaczęły się owacje. Aktorzy wychodzili na scenę, kłaniali się i uśmiechali profesjonalnie, pod nosem mrucząc przekleństwa i licząc, ile minut meczu stracą, jeśli publika wywoła ich jeszcze raz. Pyszna to anegdotka i wolna od uszczypliwości – zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę te 8. czy 9. spektakli tygodniowo. Ta wydajność zresztą zainspirowała i tytuł tej notki – upiór dzienny to wszak moc przerobowa pralni.
W tym miejscu oczywiście każdy może podnieść słuszny zarzut, że w imię jakichś wydumanych ideałów odmawiam ludziom prawa do zabawy, a aktorom do godziwego zarobku. Racja, niewiele mam na swoją obronę. Co więcej, sam doceniam dobrze zrealizowane komercyjne spektakle, dość wspomnieć, że w Londynie wybrałem się nie na jakieś off-off-West Endowe eksperymenty, ale na nieśmiertelną „Pułapkę na myszy” do St. Martin's Theatre. Zresztą, niech sobie aktor uczciwą ciężką pracą w godnych warunkach i atmosferze kultowości zarabia do woli, o ileż to przecież lepsze od chałturniczych poranków dla szkół w wykonaniu niewyspanych Kordianów i skacowanych Hamletów... A jeśli chce się oprócz tego spełniać w przedsięwzięciach ambitnych i offowych, proszę bardzo.
I jest ten powyższy tok myślenia absolutnie prawidłowy. Ale gdzieś się jednak odzywa w człowieku głód takiego prawdziwego teatru – i to nie musi być od razu Kantor ani Bob Wilson, ani nawet Lupa. Wystarczy, i niech mi łaskawa Melpomene wybaczy, że zabrzmi to jak ze szkolnej rozprawki, by się wyobraźnia przydawała podczas oglądania bardziej niż lorgnon, a grano na niuansach raczej niż na kotłach.
A wracając jeszcze do „Upiora”, to występujący w nim aktor opowiadał mi o przedstawieniu w dniu, kiedy grała nasz piłkarska reprezentacja. Ekipa dała z siebie wszystko, udało się zagrać o te kilkanaście minut szybciej... i wtedy jak zwykle zaczęły się owacje. Aktorzy wychodzili na scenę, kłaniali się i uśmiechali profesjonalnie, pod nosem mrucząc przekleństwa i licząc, ile minut meczu stracą, jeśli publika wywoła ich jeszcze raz. Pyszna to anegdotka i wolna od uszczypliwości – zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę te 8. czy 9. spektakli tygodniowo. Ta wydajność zresztą zainspirowała i tytuł tej notki – upiór dzienny to wszak moc przerobowa pralni.
