»
Class&Club
Class&Club

Blog - refleksje, kontrowersje, opinie

 
rok
miesiąc
sortuj »
szukaj »

Blog

Blog Class&Club, czyli nasz subiektywny punkt widzenia - wyznania, obserwacje i refleksje na tematy lifestylowe i kulturalne.

Achtung baby!

Blog
03.11.2009
Wstyd się przyznać, ale dopiero niedawno pierwszy raz zobaczyłem Berlin. Jechałem tam pełen sprzecznych wyobrażeń. Z jednej strony wizja podzielonego miasta, w którym monumentalna architektura neoklasycystyczna walczy o lepsze z socrealizmem, z drugiej – mit miasta komun, love parade i szalonych industrialnych klubów. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać – ale o pozytywne nastawianie zadbali wszyscy znajomi, którym zdarzyło się już kiedyś odwiedzić Berlin. Nigdy bowiem nie spotkałem się z negatywną opinią na temat tego miasta – a wystarczy zapytać kogoś o np. Rzym czy Paryż...

Rzeczywiście, Berlin nie ma w sobie turystycznego potencjału tych dwóch miast – i w tym właśnie tkwi jego szczęście. Nie zadeptany przez masowych turystów, stanowi mekkę ludzi zainteresowanych najnowszymi trendami w designie, młodą sztuką, awangardową muzyką i modą. A przy tym udało się Berlinowi ustrzec zadufania i nieznośnego snobizmu, jaki wydawałoby się jest nieodłączną cechą miast mód i trendów, takich jak np. Mediolan. W Berlinie ludzie nie przebierają się, tylko ubierają, nie pozują, tylko bawią. Anarchistyczny, lewacki duch doskonale współgra z mądrze wydawanym kapitałem, tworząc przedziwny nastrój dobrej zabawy i uczciwej pracy jednocześnie. Dziw nad dziwy.

Komuś, kto ceni sobie urokliwe, romantyczne zakątki czy kafejki, może Berlin nie pasować – ale miłośnicy zabytków przemysłowych i zakręconych wegańskich jadłodajni będą zachwyceni. Ja szczególnie polecam niezwykła restaurację Spinlder&Klatt, mieszczącą się w – a jakżeżby inaczej – poprzemysłowym budynku na samym brzegu Szprewy. Przestrzeń jadalną w jej wnętrzu wyznaczają białe kotary zwisające z wysokości kilkunastometrowego sufitu, a doskonałych dań inspirowanych kuchnią orientalną, próbuje się bądź siedząc tradycyjnie przy stoliku, bądź... na wielkim łóżku. Ponieważ na łóżko wchodzi się bez butów, wybierając się do Spindler&Klatt włóżcie jakieś zakręcone, kolorowe skarpetki... i oczywiście upewnijcie się, że nie są dziurawe, by nie spotkało was to, co kilka lat temu zdarzyło się wizytującemu muzułmańską świątynię prezesowi Banku Światowego, Paulowi Wolfowitzowi.

Spindler&Klatt to tylko jedna z ciekawostek – kilka dni w Berlinie wystarczyło, by uzbierać ich całkiem sporo, więc na pewno jeszcze do nich wrócę. I do Berlina też.