Serial killer
Blog
09.12.2009
Podobnie jak większość mojego pokolenia – oraz młodszych, dodajmy – namiętnie oglądam seriale. I zgadzam się z opinią, że seriale to nowe filmy. Centrum żywego, interesującego scenopisarstwa i świeżego aktorstwa znajduje się obecnie w amerykańskich stacjach telewizyjnych: ABC, Showtime, Fox, NBC - a nie wielkich studiach produkcyjnych, które coraz częściej gonią w piętkę. Ile ciekawych filmów sensacyjnych lub fantastycznych widzieliście w zeszłym roku? Ile zapadło wam w pamięć? Ilu ciekawych bohaterów wykreowały? Tymczasem nie ma chyba ani jednej osoby, która nie słyszałaby o Lostach, Dexterze czy Califonication. Co sprawia, że seriale zajęły miejsce kina popularnego w naszym rozrywkowym horyzoncie?
Wielu odpowie, że to kwestia warsztatowej sprawności i niespotykanie wysokich budżetów, które w połączeniu z dłuższym czasem trwania pozwalają na wykreowanie świata nie tylko atrakcyjnego , ale także silnie wciągającego. Z pewnością do pewnego stopnia jest to prawdą, ja jednak mam swoją teorię tłumaczącą to zjawisko.
Otóż scenarzyści serialowi jako pierwsi potrafili wyzwolić się z krepującego Hollywood wielkoekranowego schematu dobra i zła. W klasycznym filmie amerykańskim główny bohater, który ma budzić sympatię widza, ex definitione jest przedstawicielem sił dobra, klasycznej moralności i wszelkich patriotyczno-mieszczańskich cnót. Jak się kończy takie utożsamienie, wiemy dobrze – łzawą emocjonalną łatwizną, z roku na rok coraz dalszą od naszej złożonej rzeczywistości.
Tymczasem ludzie seriali pojęli, że układ bohaterowie sympatyczni/niesympatyczny wcale nie musi pokrywać się z układem bohaterowie dobrzy/źli. Wręcz przeciwnie, najlepsze rezultaty osiągnąć można, gdy odwraca się to założenie do góry nogami. Największe – bo sprzeczne – emocje przeżywamy kibicując bohaterom „Trawki”, mordującemu złoczyńców Dexterowi czy skrajnie nieodpowiedzialnemu seksoholikowi Hankowi Moody'emu z „Californication”.
Oczywiście można postawić pytanie: czy dwuznaczni moralnie i zarazem jednoznacznie sympatyczni bohaterowie seriali to dobry, czy zły znak naszych czasów. Ale taka refleksja wykraczała by już poza skromną tezę, którą pozwoliłem tu sobie postawić.
Wielu odpowie, że to kwestia warsztatowej sprawności i niespotykanie wysokich budżetów, które w połączeniu z dłuższym czasem trwania pozwalają na wykreowanie świata nie tylko atrakcyjnego , ale także silnie wciągającego. Z pewnością do pewnego stopnia jest to prawdą, ja jednak mam swoją teorię tłumaczącą to zjawisko.
Otóż scenarzyści serialowi jako pierwsi potrafili wyzwolić się z krepującego Hollywood wielkoekranowego schematu dobra i zła. W klasycznym filmie amerykańskim główny bohater, który ma budzić sympatię widza, ex definitione jest przedstawicielem sił dobra, klasycznej moralności i wszelkich patriotyczno-mieszczańskich cnót. Jak się kończy takie utożsamienie, wiemy dobrze – łzawą emocjonalną łatwizną, z roku na rok coraz dalszą od naszej złożonej rzeczywistości.
Tymczasem ludzie seriali pojęli, że układ bohaterowie sympatyczni/niesympatyczny wcale nie musi pokrywać się z układem bohaterowie dobrzy/źli. Wręcz przeciwnie, najlepsze rezultaty osiągnąć można, gdy odwraca się to założenie do góry nogami. Największe – bo sprzeczne – emocje przeżywamy kibicując bohaterom „Trawki”, mordującemu złoczyńców Dexterowi czy skrajnie nieodpowiedzialnemu seksoholikowi Hankowi Moody'emu z „Californication”.
Oczywiście można postawić pytanie: czy dwuznaczni moralnie i zarazem jednoznacznie sympatyczni bohaterowie seriali to dobry, czy zły znak naszych czasów. Ale taka refleksja wykraczała by już poza skromną tezę, którą pozwoliłem tu sobie postawić.
